Gdyby ta historia miała dobre zakończenie

Jestem w chujowym momencie swojego życia, wiesz? Odpalam fajka. Muszę w końcu podjąć decyzje, choć ponoć podjęłam ją już dawno temu. Zaciągam się mocno. Ale mówią, że decyzje, jakiekolwiek, poznaje się nie po słowach, a po czynach. A ja wciąż nic nie zrobiłam, bo drzwi zamknięte na klucz zawsze można otworzyć.

Opowiedzieć Ci co by było, gdybyś nie pił


Gdybyś nie pił, z pewnością przestałabym chudnąć i tyć jak w jakimś pieprzonym kalejdoskopie. Może nie wiesz, ale to mnie strasznie męczy. Gdy pijesz, nie mogę nic przełknąć albo zwyczajnie zapominam, że się je. Po prostu, zapominam. Gdy wracasz z ciągu, robisz mi kosmicznie smaczne kolacje i wtedy tyje na potęge, a tłuszcz znów wylewa mi się nad legginsami. I tak co trzy tygodnie - głodówa, wpieprzanie, głodówa.

Gdybyś nie pił, moja waga stałaby w miejscu.

Gdybyś nie pił, z pewnością zaczęłabym gotować, wiesz? Twoja rodzina zawsze śmiała się ze mnie, że nie potrafię zrobić obiadu, a ja po prostu nie chciałam. Wiesz jak bardzo bolałoby mnie, gdybym zrobiła te głupie schabowe, a Ty wolałbyś wieczór w tawernie? Dlatego nie gotowałam, nigdy. Ale przecież mogłabym, gdybyś tylko nie pił. 

Opowiem Ci, co by było gdyby


Pewnie robiłabym mielone z buraczkami, sałatkę wielowarzywną i smażoną rybę. Pewnie w niedziele gotowałabym rosół i robiła Ci kanapki do pracy na poniedziałek.

Wtedy każdy dzień byłby tak cholernie prosty, spokojny, łatwy. Wracając, mógłbyś całować mnie w czoło, a małemu mierzwić jego bujną czuprynę. Ale to zawsze wyglądało inaczej - kilka sekund grozy, nim nasze oczy się spotykały. Bo przecież wystarczyło mi spojrzeć Ci w oczy, by wiedzieć. Wiedzieć, czy piłeś. Wiedzieć, czy dzisiejszy wieczór będzie jednym z tych niewielu dobrych, czy znów to jedna wielka łódka, która buja się na boki i wszystko jej jedno.

Zawsze chciałam mieć własny dom. Myślę, że gdybyś nie pił, rozmawialibyśmy o przyszłości - tyle razy mówiłam Ci, że chce kupić działkę. Ale przyszłość z Tobą ograniczała się do trzech - czterech tygodni, później znikałeś. Bo wóda. Bo wóda. Bo wóda.

Gdybyś nie pił, moglibyśmy pojechać na wakacje, wiesz? Chodzilibyśmy po plaży, uśmiechnięci i nasyceni sobą. Naszym dzieckiem. Wiesz, ono bardzo często tęskni i wtedy mam chęć roztrzaskać Ci czaszkę o chodnik. Boję się, że kiedyś to zrobie. Albo Ty to zrobisz, po pijaku.

To chyba najgorsze w tym wszystkim - mieliśmy tyle, że wystarczyłoby, by być szczęśliwą rodziną. Inni mają mniej i potrafią. Potrafią, naprawdę. A my? Ta historia naprawdę mogłaby mieć dobre zakończenie.

Lubię gdybać.

Gdybyś nie pił, kupilibyśmy samochód. Wtedy moglibyśmy w każdej chwili gdzieś pojechać, coś załatwić, coś zobaczyć. Ale przecież wiesz, można kogoś zabić, gdy jeździ się po wódce. Wiesz, prawda? Dlatego samochód nie był dla Ciebie.

Oddałabym wiele, za stabilizacje i miłość, która nie rani, nie krzyczy, nie rozrywa powoli na kawałki. A Ty i Twoja choroba właśnie to robicie - rozrywacie całe moje życie na kawałki, jak jakąś nieważną kartkę papieru. A ja staje się kłębkiem, którego nikt nie potrafi obronić.

Bo gdybyś nie pił, obroniłbyś mnie przed swoją rodziną, która chciała mnie zniszczyć. I wiesz co? Oni spróbują ponownie, a Ty znów nic nie zrobisz. Powiedzenie "odpierdolcie się" po ośmiu piwach to żadna obrona.

Bo gdybyś...

Gdybyś nie pił, moglibyśmy zestarzeć się razem, pić słodką herbatę po południu i rozmawiać o ostatnich wiadomościach na Polsacie. Moglibyśmy razem patrzeć, jak nasz syn idzie do szkoły, dorasta, zdaje maturę... po co ja tak wybiegam w przyszłość? Głupia jestem. Bardzo głupia.










Chciałam pogdybać, nic więcej. To przecież nie jest nic złego, prawda? Czasem lubię myśleć, że to tylko zły sen, koszmar, pieprzony horror, który za chwilę się skończy i zobaczę napisy końcowe. 

Lubię gdybać.

Już tylko gdybam, że ta historia mogła się dobrze skończyć. Już tego nie pragnę, bo wiem, że to niemożliwe.