Twoje ciało to Twoja historia


Rozbieram się. Zdejmuję bluzkę. I legginsy. I jeszcze białe, brudne skarpetki. Nie trafiam do kosza z bielizną i stanik ląduje obok, samotny jak tamten wróbel za oknem. Wkrótce też zapomniany, jak Twoja nauczycielka z ogólniaka. Aż do następnego prania. Aż do kolejnego zjazdu absolwentów.


Zanurzam się w pustej wannie. Odkręcam przyrdzewiały kran i woda tryska gęstym, niepohamowanym strumieniem. Prawie jak ja płaczem, gdy przypominam sobie zbyt dobrze moją ostatnią miłość. Przekręcam na ciepłą. Potem na gorącą i para unosi się nad odpływem prysznica.

Głupia jestem. Wrzątek nie wygotuje ani nie wyparzy mi duszy, tak jak robi się z butelkami po mleku maleńkich dzieci. Mam dziecko. Ale nie jestem już dzieckiem.

Moje ciało to moja historia.

Nie pozbędę się jej aż do śmierci. A musisz wiedzieć, że nie wybieram się na tamten świat, mówiłam Ci przecież - mam małe dziecko. Nie słuchasz mnie.

Spójrz na swoje ciało, na swoje włosy i swoje uda. Na swój brzuch i na palce. I na paznokcie, usta i nadgarstki. Na oczy, spójrz koniecznie na oczy, bo tylko one się nie zmieniają. Choć nie. Oczy też się zmieniają. Czasem gasną, czasem blakną, jak zbyt długo prane ubrania, gdy pralka się popsuje i zatnie. Jak Ty przy goleniu nóg, obok kostki. Spójrz na swoje kostki. I na pięty, nawet jeśli popękały i droga je wybrudziła. Czasem się brudzimy - życiem, pocałunkami, krwią. I czasem wystarczy chusteczka, by ze zmazać. Są jednak plamy, których nie da się wyczyścić, wytrzeć ani zapomnieć.

Ile masz plam na swoim ciele, co?  

Jak wiele udało Ci się doprać codziennością, a jak wiele zostanie z Tobą na zawsze? Na zawsze - nienawidzę tego słowa, przeraża mnie, prawie tak mocno jak samotność w pustym domu. Nieważne, nie przestawiaj patrzeć.

Spójrz na swoje ramiona, na policzki, które tak często marzną w zimie i na plecy, które opalasz nad jeziorem w lipcu. Ja się nie odpalam, nie lubię być czerwona, nie lubię pomidorów. I nie lubię trwać w bezruchu, bo zaczynam się dusić, jak ryba wyciągnięta z wody.

Musisz wiedzieć, że nie zawsze jestem smutna. I nie zawsze patrzyłam na swoje ciało jak na skarb. Jak na książkę. Jak na ścianę pokrytą rysunkami, gdzie każdy z nich ma znaczenie. Rozumiesz? Czy znów mnie nie słuchasz?



Wychodzę z wanny.

Ciało mam czerwone od zbyt gorącej wody. Ponoć to wysusza skórę, mam to w dupie, taki mój zwyczaj, że rzadko dbam o cerę. Od razu zgadniesz, że nie lubię tych wszystkich mazideł w słoiczkach i tubkach. Widzisz moje kostki, łokcie i kolana? Wyschnięte na wiór. Zerkniesz pewne też przypadkiem na brzuch. Mój syn pozostawił na nim swoje ślady, w ciąży pękałam jak romantyczki na romantycznych filmach pękają. Ale lubię te swoje blizny. Bo rozstępy to blizny, po jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym okresie w życiu kobiety. Kurde, nie lubię być zbyt poważna.

Ale posłuchaj mnie jeszcze przez chwilę, dobra?


Nasze ciało to nasza historia. Spojrzałam na swoje i nawet jeśli straciłabym pamięć, to ono by mi przypomniało. Bardziej lub mniej boleśnie, ale przypomniałoby. Bo patrzę na włosy i przypominają mi jak zafarbowałam je na czerwono, w imię buntu wobec wódki. I widzę, że są krótkie, bo miałam dość pozostałości po jasnym blondzie, bo w jasnym blondzie byłam z Nim szczęśliwa, teoretycznie, bo przecież nie zawsze. I widzę te rozstępy i chudy brzuch - tak, chudy - bo przecież schudłam, jakieś 5 kilo, odkąd Go nie widuję. Patrzę na dłonie i widzę ślady po petach, na obydwu. I nie pytaj, bo i tak Ci nie powiem co oznaczają. 

I nadgarstek. Wytatuowałam tu słowo "wolność" i kilka tygodni później się jej zrzekłam. Idiotka. Idiotka, ale była szczęśliwa, więc niech jej będzie wybaczone.


Widzę też oczy - wciąż te same, niebieskie, choć coś się w nich zmieniło - tylko jeszcze nie wiem co, może nie chcę wiedzieć, a może to jeszcze nie ten moment. I twarz, cała w bliźnach po trądziku, ale nie lubię tego wspominać, bo było kurewsko ciężkie. Paznokcie wciąż mam połamane i nawet nie wyobrażam sobie jakby było, gdyby były zdrowe. Byłyby nie moje.

Czasami patrzę i patrzę i patrzę. I każdy centymetr mojego ciała przypomina mi o czymś. O czymś dobrym, jak na przykład moje wcięcie w tali przywozi mi na myśl nasz tandenty romantyzm, beztroskie i ciepłe noce. Twoje ręce. Albo rozstępy właśnie, na udach, to znak, że ciąża wcale mi się nie przyśniła. Czasem jednak coś przypomina mi o paskudztwie, obrzydliwym i złym, bo w życiu jak w Teletygodniu, mamy cały repertuar przeróżnych dziwactw. Na przykład te pety. Ale nawet pety lubię, bo są moje. Moje.

Wiele z dziwactw zostawia ślad, skrawek, który ma znaczenie, symbolikę, którą tylko Ty możesz komuś wyjawić, wyjaśnić, wytłumaczyć. Nie zrozum mnie źle, ale nie każdy na to zasługuje. Nie każdy zasługuje, by poznać Twoją historie. Nie każdy zasługuje na Twoje blizny. 


Nie rozbieraj się jeszcze, proszę 

Nie rozbieraj się zbyt często. Nie przed kimś, kto może Cię skrzywdzić, poturbować lub wcale nie zauważyć. Szanuj swoje blizny, obrażenia po wojnach, które stoczyłaś i szczęściu, nawet jeśli minęło i poszło w chuj. Ja szanuję. Choć czasem, gdy siedzę w wannie, chciałabym się wygotować w gorącej wodzie - tak naprawdę wiem, że się nie da. I wiem, że to wszystko jest mi potrzebne, bo to... ja. Ja sama. I choć bez wspomnień bolałoby mniej, nie wszystkie wspomnienia są złe. Po prostu taką musimy zapłacić cenę za te dobre. Za tamte ręce. I za tamte ciepłe noce.

Proszę Cię, spójrz dziś na swoje ciało nie jak na kawał mięsa, który musi iść na siłownię, a później zrobić paznokcie u nadętej kosmetyczki.


Spójrz dziś na swoje ciało jak na historie.

Twoją historie.