Mój sposób na lepsze życie - niezawodny


To nie tak, że jestem idealna, że nie mam kompleksów i że uwielbiam patrzeć w lustro, bo moim czwartym hobby, zaraz po Piotrusiu, pisaniu i włosach, jest podziwianie swojego cudnego odbicia.


Wciąż patrzę w wyciapane przez Młodego zbyt duże, wspomniane już, lustro i widzę masę swoich niedoskonałości. Cholerną cerę, powykręcane na wszystkie strony świata włosy, krzywo narysowane brwi, blizny. No i te uda - mogłyby być smuklejsze. Nie mówiąc już o brzuchu. A paznokcie? Komedia na kółkach, a oglądanie na instagramie ślicznych pazurów tylko potęguje problem, bo ostatnio skusiłam się na sztuczne.

Nie, nie komentuj tego!


Wiesz, wchodząc na inne, lepsze od mojego blogi, widzę jak wiele jeszcze brakuje mi, by być na ich miejscu. I graficznie, i organizacyjnie i "w ogóle". Teksty mają przydatne i zdjęcia własnoręczne. Znasz ten ból, kiedy spotykasz w trzech innych postach zdjęcie, którego sam użyłeś?

To nie koniec. Zerkam na modelki w super magazynach i od razu przypomina mi się, że tyłek nie mieści mi się jeszcze w dżinsach, a odkąd urodziłam synka minęło prawie półtora roku. Jakbym się uparła, to może wcisnęłabym jakieś ładne spodnie na cztery litery, ale z pewnością to nie wyglądałoby dobrze, wiec po co kaleczyć oczy? Wkładam więc czarne legginsy.

Gdy poznaje dziewczynę sporo ode mnie młodszą, która potrafi o wiele więcej wyczarować na głowie niż ja i mogłaby z powodzeniem mianować się zajebistą FRYZJERKĄ to lekko chce mi się płakać. Tak samo jest z pisaniem - czytam tekst, który porywa mnie totalnie i od razu smutnieje, że nie ja go napisałam i że ja tak nie potrafię. I że wciąż robię pieprzone ortografy, od których gie gotuje się w de.

Czekaj, czekaj! Wróć!


Tak było jeszcze do niedawna. Jeszcze kilka tygodni temu wciąż katowałam się tym, że nie jestem wystarczająco dobra. Nie dla siebie, nie dla faceta, który kopnął mnie w dupę i nie dla reszty świata.

I któregoś dnia, tak po prostu, przy pisaniu kolejnego tekstu, może na bloga, a może tylko do folderu w Dokumentach na kochanym asusie, poczułam jakieś pokręcone, nieprzewidywalne uczucie.

Polubiłam siebie.


Tak sobie, od tak. Uzmysłowiłam sobie, że robię to, co kocham. Mam przy sobie chłopczyka, którego kocham nad życie, i że inni, Ci najważniejsi, też mnie kochają. Zrozumiałam, że świat się nie zawalił tylko dlatego, że facet, który kopnął mnie w dupę, już mnie nie kocha. A może nie kochał wcale, mniejszy z tym syfem. Poczułam w sobie, kurde pieczone, miłość. 

Miłość, czaisz?


I nagle wszystko zaczęło się układać. Zaczęłam pisać więcej, mniej zazdroszcząc innym, a ucząc się od nich. Przestałam szukać we wszystkim swoich błędów, a zaczęłam otaczać się inspiracjami różnej maści. Przestałam wmawiać sobie, że nie potrafię i sama stworzyłam newsletter, zaczęłam pisać powieść, zrobiłam w końcu genialne upięcie włosów i zaczęłam bardziej angażować się w zabawy z Młodym. Bez względu na to, że skacząc po dywanie wyglądam jak przestarzały orangutan. I że mój młodszy brat (pozdrawiam Patryk!) nagrywa wszystko na swojego zmarnowanego smartfona.


Dobrze się domyślasz.
Straszy mnie, że zrobi sobie kanał na Youtube ze mną w roli głównej.



Nie chce być nieskromna, ale z pewnością biłabym rekordy oglądalności, wyświetleń czy czegoś tam, nie znam się na jutubowych filmikach.

A wiesz, co robię, gdy serio jest mi smutno?


Gdy widzę włosy tak długie, za które dałabym sobie oderwać wszystkie paznokcie. Gdy czytam książkę z fabułą, której ja pewnie do usranej śmierci bym nie wymyśliła. Gdy widzę, jak ktoś pięknie potrafi się pomalować, podczas gdy ja wciąż zbieram koszmarne recenzje za zbyt grube kreski pod oczami. I gdy jadąc miejskim uświadamiam sobie, że jestem najbardziej niemodnie ubraną dziewczyną w przedziale wiekowym 15-40.

Wiesz co robię?

Mówię sobie:


Pie*dol to!


I robię szybki reasearch w rzeczach, które w życiu mi się udały. Przypominam sobie mojego syna, mojego bloga, moją kochaną rodzinę, moje życie, które naprawdę pokochałam. I przypominam sobie miłość do siebie.

Wtedy jakoś tak to wszystko, co mnie zasmuciło, traci znaczenie. A ja już nie zastanawiam się nad tym dlaczego i przez co jestem do dupy. Patrząc na całokształt - to jestem prawie zajebista.

I wtedy zaczynam gorączkowo myśleć, jak mogę zmienić to, co da się zmienić. Bo przecież mogłabym w końcu nauczyć się mniej chamskiego makijażu i przejść się do sieciówki po jakąś znośną kurtkę na zimę.

A z tym, czego zmienić nie mogę i nie powinnam, robię tylko jedną rzecz.

Pierdole to.