O tym, jak polubiłam swoje życie, część II

Siedzę sobie spokojnie na mojej nowej/używanej kanapie i rozglądam się wokół, choć przecież wszystko znam na pamięć. Znam na pamięć też swoje dziecko, swoje włosy i paznokcie, wykułam na pamięć kilka mądrych cytatów, jeden wytatuowałam, parę przepisałam na maszynie do pisania i szpilkami przygwoździłam do ogromnej tablicy korkowej nad łóżkiem.


Wciąż ciężko mi w to uwierzyć, ciężko też było mi to sobie uświadomić, wbić w łepetynę i zaakceptować. No bo jak to? Wiele osób życzy mi jak najgorzej, wciąż spotykam się z chamstwem łamane na analfabetyzmem i pomimo tego czuję w sobie tak cudowny spokój, jakiego nie czułam od wielu miesięcy?

Wiem jak wielu ludzi tego spokoju nie czuję, nie doświadcza i wciąż ciężko im ściagnąć z siebie rano kołdrę. I wcale nie dlatego, że się nie wyspali, nie dlatego, że jest zimno jak w psiarni, bo wciąż nikt nie rozpalił w piecu. Tylko i wyłącznie dlatego, że są nieszczęśliwi jak cholera. 

Ja też byłam, uwierz. 

Nie istnieje żadna miarodajna skala, na której moglibyśmy zaznaczyć nasz poziom cierpienia, wkurwienia i bezsilności. Wiem jednak, że mnie omal nie zmiotło z tej planety, tak bardzo było do tyłka. I wiem, zdaje sobie sprawę i jestem na bank pewna, że to się jeszcze nie raz zdarzy. Jak mówił mi ostatnio pan od tatuaży: Life is brutal. 

Chcę Ci powiedzieć, co i jak zrobiłam. Co musiałam zmienić, by w końcu polubić wstawanie z łóżka. Nawet gdy się nie wyśpię. I nawet gdy wiem, że kawa się skończyła i nikt nie kupił nowej. Rozumiesz?


Ogarnęłam przestań wokół siebie, by nie raziło mnie w oczy, gdy je otwieram.


Powycieranie kurzy, odmalowanie ścian, wyrzucenie z szafy nienoszonych ubrań albo chociaż uprzątnięcie tamtej szuflady, w której masz zawsze syf - poprawi Ci samopoczucie. Świadomość tego, Twoje najbliższe otoczenie nie jest wysypiskiem śmieci może zdziałać cuda. Tak jak u mnie.

Dzięki temu, że zostałam sama nareszcie mieszczę się ze wszystkimi swoimi rzeczami. Mam więcej przestrzeni, bo wyrzuciłam meble z których nie korzystałam (czytaj: fotel, na którym nie ja zawsze po pracy siadałam). Powiesiłam sobie babskie zasłonki, tablicę korkową urządziłam tak, by przede wszystkim mi się podobała i motywowała MNIE, nie ludzi którzy do mnie wpadają na herbatę. Jeśli im nie pasi - to nie mój problem, co nie?

Tak, masz rację - w między czasie, gdzieś tam po drodze, stałam się egoistką, zapatrzoną w Piotrusia i siebie, przede wszystkim. 


Odkurzyłam marzenia z pajęczyn i kurzu. I niepewności.

Ja wiem - prawie każdy je ma i jakoś specjalnie szczęśliwi dzięki ich posiadaniu nie jesteśmy. Wiecie w czym problem? Bo albo wymyślamy sobie marzenia mało realne - jak na przykład zostanie milionerem w Polsce. Albo w ogóle w nie nie wierzymy. I sorki, ale jeśli sam nie wierzysz w swoje marzenia, to żadna wróżka, która ma Ci je spełnić, się nie pojawi. Nie pojawi się nikt, kto te marzenia za Ciebie zrealizuje. Zresztą, jaka to byłaby frajda, gdyby wszystko dostawać ot tak - od ręki? 

Powiem Ci - żadna.
Gdyby tak po prostu pan od tatuaży wpadł do mnie do domu i stwierdził:


Cześć Paula! Ktoś sfinansował Ci tatuaż u mnie i nawet wykupił specjalny eliksir, żeby Cie nie bolało więc wiesz - możemy dziarać, nic nie poczujesz i za 3 minuty będziesz miała ten swój cytat!


To wyprosiłabym go z domu, wiesz? Bo to właśnie o to w tym wszystkim chodzi, by samemu pokonać drogę - samemu zarobić, trafić na miejsce gdy kompletnie nie znasz miasta i pozwolić się kuć przez 40 minut. W taki sposób spełnia się marzenia. 

I jeśli leżysz wciąż pod tą kołdrą i nie chce Ci się wychylać nosa zza drzwi, bo pizga złem - nikt Cie do tego nie zmusi. Ale nikt też nie sprawi, że Twoje życie stanie się takim, o jakim zawsze marzyłeś.

Bardzo ciężko zrozumieć, zaakceptować i wcielić w życie ważną i znaną pewnie wszystkim prawdę:

Poszukajcie go w sobie, w środku, w duszy. Jeśli znajdziecie je w sobie, znajdziecie je również w drugim człowieku. Ale nigdy na odwrót. Jeśli pozwolisz, by Twoje szczęście było zależne od drugiego człowieka - to krzyżyk na drogę, różaniec w łapę i módl się, by ten ktoś nie odszedł, bo wtedy ewidentnie pęknie Ci serce. 

Mi pękło pierdyliard razy. Przez tego samego człowieka. 

I kiedy już byłam na granicy rozpaczy, otworzyłam szerzej oczy i dostrzegłam tyle cholernie dobrych rzeczy, że wciąż nie mogę pomieścić ich w głowie. Jestem tak bardzo wdzięczna za wszystko, co mnie otacza, że mogłabym napisać o tym książkę. O samej wdzięczności.

Otworzyłam oczy na świat, jednocześnie zamykając na klucz inne drzwi.


Czytam w blogosferze tak wiele inspirujących i motywujących tekstów, że serio wierzę w te wszystkie marzenia, które mam w rudej łepetynce. Podrzucę tu wkrótce sporo linków do takich artykułów.

I wiesz co? Jak już siedzisz pod tą kołdrą, to spróbuj chociaż poczytać, pooglądać, prześledzić losy ludzi, którym się udało. To daje niesamowitego kopa, wiesz? Nie chodzi o to, by się z kimś porównywać, bo nie każdy z nas musi być Einstainem - chodzi o to, by uwierzyć.

Bo skoro jej się udało, to dlaczego miałoby się nie udać mnie? Każdy zaczyna od zera.


Otworzyłam oczy. Ale wiesz, zamknęłam tę część mojego serca, która była odpowiedzialna za naiwność. Dziś patrzę uważniej, bardziej, mocniej. I dziś widzę więcej. Może dlatego polubiłam swoje życie.

Bo zobaczyłam, choć było to w ciul trudne, że naprawdę mogę zrobić z nim wszystko. Może być do tyłka. Ale może też być cudowne.