Wyuczona w wiejskiej szkole

W kółko wpaja, wmawia, wmurowuje się w mózgi, że jeśli cokolwiek robimy w życiu - powinniśmy to robić dla siebie. I powinniśmy martwić się tylko o swoją dupę plus tyłki naszych najbliższych. Na całą resztę świata, w szczególności, jeśli ta reszta jest negatywnie nastawiona, powinniśmy mieć wyjebane.


Wydaje mi się, że od podstawówki sporo się nauczyłam. Mój organizm i dusza - ma wyjebane na złych ludzi. Jednocześnie, na całe, cholerne szczęście, zachowałam wrażliwość na ludzki ból. Czasami chcę mi się wrzeszczeć na całe gardło, gdy widzę matkę, która odrzuca swoje dziecko - wiecie, że takie istnieją?

Opowiem Wam coś, bo to chyba jeden z nielicznych sposobów na sprzątanie mojej głowy z wyblakniętą, mahoniową farbą z Rossmanna. Nie mam rudych włosów.


Byłam kujonem

Nie ma co się oszukiwać, byłam nim i byłam zaprogramowana na nagrody, czerwone paski i, swojego czasu, nawet stuprocentową obecność. Wszystko, jak u większości, zmieniło się w ogólniaku. Dostałam się do najlepszego w mieścinie nieopodal mojej małej chałupki, po liczbie punktów mogłam spokojnie zakładać, że dostałabym się również do jednego z lepszych w Lublinie. 

Zrezygnowałam.

I poszłam do wiejskiego liceum, gdzie wszystkich gówno obchodziło moje zajebiste świadectwo. Mnie też obchodzić przestało, miałam przy sobie dwójkę przyjaciół z dzieciństwa, malutkie korytarze i miłą panią Bibliotekarkę w bibliotece, w której nie znalazłbyś ani jednej ciekawej powieści, oprócz lektur, oczywiście. Lektury były w dechę, Sorko.

W pierwszej klasie mi się poszczęściło i załapałam się na wyróżnione świadectwo. Później wszystko poleciało w chuj niziutko. Nie chciało mi się. Byłam zakochana, czaicie, historia stara jak świat. Zaszłam w ciąże, zrezygnowałam z rozszerzonego polskiego i biologii na rzecz WOSu i angielskiego na poziomie rozszerzonym.

Zdałam. 

I dwa miechy później byłam na porodówce.
O studiach nie było mowy. Pamiętam, że jeden z nauczycieli stwierdził, że bardzo - ale to bardzo - szkoda. Wkurwiłam się wtedy, bo wiedziałam, że ma racje.

Przez moment, chwilę, nie pamiętam kiedy nastąpiła, ale w końcu się małpa ukazała i wtrąciła w moje poszarpane życie - ból rozsadzał mi skronie. Zrozumiałam, że nie pójdę na studia, o których marzyłam od szkoły podstawowej. Później patrzyłam na małe stópki i przepiękne oczka - ból się rozmywał. Zmywał się ze mnie jak brud z talerza po ziemniakach.

Wiedziałam, że nie mogę odpuścić nauki. To kłóciłoby się z całą moją ideologią - nie chciałam być pieprzonym bezrobotnym bez perspektyw - przerażało mnie to. Dlatego wybrałam zawód fryzjera - sądziłam, że podołam. Cały czas tak myślę. 

"A ona Ci powie, wyuczona taka, hehehe, z wiejskiego liceum." napisała pewna es.


Mam wyjebane, mówiłam Ci. Dopóki nie trafiasz w czuły punkt - a to właśnie taki jest. Bo ja bardzo, bardzo chciałam studiować i właśnie dziś to zrozumiałam. Odganiałam tę myśl jak natrętną muchę.

To, gdzie jestem teraz to odpowiednie miejsce, idealne na ten moment. Nie żałuję żadnej swojej decyzji, nawet jeśli skutki były strzałem w bok głowy, i nawet jeśli samobójczym. 

Wiem co mi teraz powiesz

Że niczego nie straciłam, że studia są ciężkie, że nie warto, bo pracy nichuja nie ma. Powiesz mi, że rzemieślnicy są lepiej płatni, a studia to masa głupawych i nikomu niepotrzebnych notatek. I ja o tym wiem. Tak samo jak wiem, że zawodowo chcę się związać z włosami - bo z pisaniem nie mogę.

Tylko, że ja chciałam magistra właśnie po to, żeby mieć. Żeby móc nazwać się ekspertem od czegoś, specjalistą od czegoś, studentką czegoś. Rozumiesz? Spełnić marzenie. Chcemy najbardziej tego, czego mieć nie możemy, prawda?

Wróciłam dziś do domu i podjęłam decyzje. Poczułam ogromną ulgę, podobną do uczucia, gdy sikasz po piwie - ja zawsze sikam pół wiadra.

Teraz mam przed sobą Technika Usług Fryzjerskich, ale przecież mogę zostać fryzjerką z licencjatem albo magistrem, prawda? Może pójdzie mi całkiem nieźle, jeśli postudiuje sobie dla pasji, nie dla zawodowej ścieżki.

Zostało mi tylko jeszcze troszkę poczekać i zastanowić się. Więcej niż ciul mnie znacie, na jakim kierunku byście mnie widzieli?