Kochałbyś mnie, gdybym miała blond włosy?

Żałosne dudnienie serca, jakiś papieros - pierwszy, drugi, ósmy. Koniec paczki? Coś mi cieknie po policzkach. I nie mogę złapać tchu, wiesz, ja nie wiem co się ze mną dzieje, kurwa.


Słyszę tylko cichy jęk, szloch, zrzuconą popielniczkę. Cały czas nie rozumiem, co się dzieje. Pety mi się rozsypały po całej podłodze, nie mogę ich pozbierać. Mam mokre policzki, tusz do rzęs na podbródku.  
Ja... płacze? 
 
Wiesz, ja wcale nie jestem twarda, silna i odważna. Wcale nie jestem "babką z jajami", nie będę Twoją bohaterką ani żadną superwomen. Jestem krucha, słaba, bezbronna. W tym momencie jestem tak cholernie bezbronna, że z pewnością nie mogę się mierzyć nawet z myszą. 

Pozbierałam te pety, umyłam twarz, zmyłam tusz. Kupiłam nowe papierosy, zgubiłam zapalniczkę, odpaliłam od gazu. 


Wiesz, zadzwoniłam do Ciebie z miłości. Z głupiej, naiwnej i bezpodstawnej miłości - takiej, którą zabija się milion razy, a ona i tak zmartwychwstaje. Takiej, której podcina się żyły, a ona nakłada bandaże i zszywa rany na żywca, igłą i nitką z szafki. Dlatego zadzwoniłam. Wydawało mi się, że co jak co, moda na sukces może się skończyć, ale nie Twoja miłości do mnie.

Wybacz, muszę zapalić. Pieprzone fajki, jak powietrze, sam wiesz.

.
.
.
  
A więc masz kogoś. Masz kobietę i u niej mieszkasz. Dlatego nie ma Cie u mnie od dwóch tygodni. Dlatego nie obchodzi Cie nasze, tak cholernie wyczekiwane, dziecko. Teraz to takie proste, łatwe, naiwne.


Spokojnie, oddychaj, spokojnie. Raz, dwa, trzy... raz...


Może i chciałam walczyć z wódką, w której sie topiłeś. Ale nie chcę walczyć z jakąś dziwką, bo wiesz - zbyt Cie kochałam, by żebrać o cokolwiek. Dlatego się popłakałam. Dziś. Jak dziecko.

Bo to już ostatni akt w tej tragedii. 
Kurtyna spada w dół.
Nareszcie.