Moja miłość do pisania

Lubię tu siedzieć i coś skrobać. O marzeniach albo o instagramie, albo o tym, jak to jest być matką. Zresztą, doskonale wiecie o czym piszę. A jak to się w ogóle stało, że zaczęłam?



Podstawówka. Uwielbiam majme i język polski. Majma idzie mi tak sobie, głównie przez pieprzone trójkąty. A polski? Mam świetną polonistkę i dzięki Niej uczę się raz na zawsze rozpoznawać epitety i metafory w wierszach. Interpretacje poezji na polaku to najbardziej emocjonujący moment dnia. Jako pierwsza w klasie zaczynam ogarniać, kiedy robić akapity, a mój zeszyt jest jednym z ładniejszych.

Gimbaza. Zmieniają nam nauczycielkę, jestem w czarnej rozpaczy - lub mówiąc dosłowniej - w czarnej dupie. Już mi się nie chce starać - nagle to, co piszę, jest do kitu. Więc wypracowania zaczynam klepać na kolanie, w szkole, na przerwach. Do końca dnia mam gotową pracę domową - dostaje piątkę. Od tej pory przestaje przykładać się do pisania i piszę, gdy muszę. Z polaka mam średnią trójczynę. W między czasie mazgram pamiętnik, by nie zapomnieć, jak układa się słowa w zdania.

W ostatniej klasie znów zmieniają nam nauczycielkę. Tym razem to złota kobieta - cytuje nam poetów z pamięci, interpretuje z nami wiersze i namawia mnie na konkurs...poetycki. Mówi mi, że nie rozumie moich wierszy, ale je wyśle. Zajmuję II miejsce - poznaję dziewczynę, która wygrała. I uwierzcie mi - dziś też bym z nią przegrała - była tak dobra :) 

Jest mi cholernie żal, że mam polski tylko rok z tą panią - uczę się ogromnie dużo, chłonę hektrolitrami wiedzę i nie mogę doczekać się ogólniaka, gdy wiem od owej pani, że przerobimy romantyzm, pozytywizm, średniowiecze, Młodą Polske... 

Ogólniak wybieram z klasą dziennikarską. Dzień dobry, witajcie, na poniedziałek piszecie felieton - tak nas, 16latków, witają pierwszego września w nowej szkole. No to piszę, choć nie do końca wiem co to felieton i choć temat jest całkowicie i do końca tandenty. Jako jedyna z 30 osobowej klasy dostaje piątkę, choć są tam finaliści olimpiad i "same mądre głowy". Ponoć nikt nie wiedział co to felieton (fuck!) a ja i owszem (gówno prawda!). W końcu to elitarna, ponoć, szkoła.

Rezygnuje z niej ze względów osobistych.

Ląduje w liceum na wsi, nikogo nie obchodzi moje piękne świadectwo ani to, że lubię pisać. Gazetka szkolna niby jest, ale nudna (wybaczcie mi, to tylko moje zdanie) więc się nie angażuje. Zaczyna się Wielka Nauka Pisania Wypracowania Maturalnego. Rzygam tym. Rzygam tym, że mam pisać to, co ktoś już wymyślił. Klucze śnią mi się po nocach i serio - nienawidzę ich. 

Interpretacji poezji uczymy się na pamięć i całymi godzinami zapisujemy stosy grubych zeszytów notatkami. W między czasie piszę jakiegoś tam bloga, dostaje maszynę do pisania i piszę całymi wieczorami. Miarowe stukanie maszyny mnie uspokaja, równoważy wszystko to, co zrównoważone w moim życiu nie jest. 

No i na maturze trafiam dwie lektury, których nie znam (tylko tych dwóch! szczęściara ze mnie). Kompletnie nie wiem, o czym są, więc... wymyślam sobie interpetacje - pieprzyć klucz odpowiedzi! 

Jakoś zdaje. Z naciskiem na "jakoś". I... zrywam z pisaniem, gdy jestem w ciąży. To burzliwe rozstanie - wiecie, trzaskanie drzwiami, wyzwiska, lamenty. Maszyna zostaje sprzątnięta, a ja przygotowuje się do bycia poważną osobą, która stąpa twardo po ziemi, czyli po prostu... bycia matką. No. No i co?


No i gdy mały ma 8 miesięcy, zakładam bloga i zaczynam pisać... z telefonu, bo nie mam laptopa - szlak go w końcu trafił, bo był staruszek z niego. Narazie mam jednak nowego, więc Strzeżcie się.


Strzeżcie się, bo nie żartuje. 
Będę Pisać.