Zlękniona choroba

Lęk od strachu różni się dość zasadniczo, choć często używany tych pojęć naprzemiennie i jako synonimów. Sama tak robiłam, dopóki nie poznałam ich obu. Na własnej, zniszczonej rozjaśniaczem skórze.


Na czym polega różnica

Lęk jest nieadekwatny do sytuacji. Dzięki uczuciu strachu jesteśmy dziś tu, gdzie jesteśmy, a nasz gatunek przetrwał mieszkanie w jaskiniach, polując na dziką zwierzynę i bez Internetu. Przetrwał bez Internetu, czaicie? Bo strach jest adekwatny. To część instynktu samozachowawczego i swoista ochrona przed tym, co zagraża naszemu życiu lub zdrowiu. Mobilizuje do działania gdy pies zaczyna na nas niebezpiecznie warczeć lub w ciemnej uliczce podaża za nami nieznajomy. Lęk jest natomiast pieprzonym, nieuzasadniony niepokojem, który zamyka nas w czterech ścianach. Umysłu, ciała lub pokoju.

Rzeczywistość

Lęk siedzi w moich wnętrznościach i przelewa się w żyłach. Liczę dni, które zmarnowałam, i włosy, które wypadły mi przez nieuzasadniony stres. Niepokój wysysa energię, która miała być dla pisania, komponowania przyszłości i szukania sposobów na zmiany. Dla łamania schematów, i wyrwania się z miękkiego bagienka zerowych perspektyw, w którym tkwię. Im większy lęk, tym mniej uzasadnionych powodów, by go odczuwać. Szukasz źródła, i okazuje się, że ono kurwa jest wszędzie. We wszystkim. Życie go powoduje, ziomuś. 

Wtedy wszystko staje się trudne, nie do przeskoczenia  a wiara w siebie idzie w melanż i zapija na kilka tygodni. Nie sposób jej namierzyć, nawet z pierdyliardem wskazówek z mądrych książkach.

Jak to leczyć

Dopiero pokonanie lęku, wychylenie głowy za próg topornych drzwi może sprawić, że czegoś dokonamy. Czegokolwiek, bo choć malutki sukces będzie w oczach innych pestką z wiśni, nam pomoże spojrzeć w lustro bez odrazy. Zrobienie czegoś, co wywoływało tygodniowy niepokój i odrętwienie, jest jak orgazm, które opisują w Cosmopolitan. Uwierzcie, bo to przeżyłam. Nie mówię o orgazmie, mówię o wypierdoleniu lęku do śmietnika. Tylko, że on z tego śmietnika wyłazi jak robaki, wiecie, te pełzające i białe. 

Potrzeba mi kogoś, kto złapie za drżącą zbyt często rękę i pocałuje w czoło. Poczucie bezpieczeństwa, które zakiełkuje, może rozsiać się we wnętrznościach, osiąść na płucach, spowolnić tętno. Z lękiem stajemy się nieporadnymi dziećmi. Zaszczepionymi i zaprogramowanymi na porażki, izolatkę zabierającą nawet najmniejsze marzenia. I ta dłoń, który powinna się pojawić, często nie przychodzi latami. Bywa, że nie nadchodzi nigdy. Wtedy okazuję się, że to musi być naszą dłoń. To musi być moja dłoń. Ta zmęczona, z wygryzionymi paznokciami i bez obrączki. Ta przeraźliwie zlękniona.

Niepokój można leczyć też leczyć farmaucetykami, miłością, kryzysową sytuacją. Kryzysową, bo zmusza, przykłada nóż do gardła i każe działać. Czasem to jedyny sposób, by siłę wyciągnąć z siebie, przestać słuchać nieudaczników życiowych (uwielbiają podsycać w nas panikę, pozdrawiam Was, imbecyle). Pewnego dnia może zabraknąć nam życia. Lęk nas udusi, pozbawi marzeń i wciśnie w najciemniejszych kąt pokoju. 

Chyba mnie wcisnął, zgasił światło i zabrał nawet długopis.