Głupia ćma

Gonię przyczyny, wymyślam teorie, sprawdzam godzinę. Nic. Zbyt dużo. Zbyt długo.


Przechodzę rytualny smutek, obwieszczam światu swój plan morderstwa, śmieję się z siebie, pogubiona na Amen i krzyżyk w drodze. Przecież wiemy, że żadnego morderstwa nie będzie. Oboje. Wszyscy. Wszyscy wiemy.

Mogłabym sobie przyczepić dzwoneczek do serca - dla pewności, czy oddycham i czy jeszcze pompuję krew. Bywam blada jak Twoja alba na uroczystej komunii.

Ale przecież ja zawsze oddycham, nie ma chuja, żeby mnie coś zmiotło, zgniotło, spaliło jak ćmę. Chociaż jestem brzydką ćmą i czasami wolałabym, żebyś był świeczką, nie czterdziestowatową żarówką w lampce. To byłoby takie romatyczne, cymbale.

***

Przefarbowałabym je. Powoli wsmarowywałabym mieszankę z dziewiątką od góry do samego dołu, tak, żeby szczypało mnie w kark i palce, żeby nos wykręcało od smrodu chemii. Żeby później zrobić wielkie BUM. Chyba jestem od tego uzależniona - proszę dopisać do listy niedoskonałości, Panie doktorze.

Na moje nieszczęście, znam się na koloryzacji.

Ale farbowanie to tylko przykrywka. Ćmy to brzydki rodzaj motyli i powinnam wykminić jakiś niepowtarzalny, nieokreślony kolor, może siwy. O! Siwy byłby spoko. Perfekcyjny. Idealny dla mnie dzisiaj.

Idealny dla ćmy.