Przyrzekam Ci - odejdę kiedyś


Za pięć czwarta rano. Chodzę po domu i palę papierosy na wszystkich balkonach.


4.19.


Włączam komputer, ikonki na pulpicie patrzą na mnie słodko, edytor tekstu prawie sam się otworzył. Chuj z tym wszystkim.

Pościel pachnie nieobecnością, czy Ty w ogóle byłeś w tym łóżku? Nie mogę poskładać myśli w logiczną całość – tu nie ma żadnej przyczyny. Byłam zbyt smutna może, może zbyt wesoła. Może zbyt dobrze mi się oddychało, do cholery, niech Ci serce zjedzą szczury.

Klikam swoje życie. Oglądam pokaz slajdów ze wszystkich nieszczęść i tragedii. Tyle razy mi to robisz, że zazębiam się w sobie. Ochrypłam ze zdziwienia, bo znów mi umknąłeś, a ja nawet nie zauważyłam, jak wkładasz buty. Prochy załatwiają za nas nasze życie, piękne to wszystko, spałam jak dziecko.

4.31.


Nie mogę Cię nawet nazwać skurwielem, skurwielu. Do kogo mam krzyczeć, w pełną popielniczkę petów? Zapalę jeszcze jednego, później rzucę, Za barierkę na trawnik.

Chłód szczypie mnie w policzki, przez chwilę nie pamiętam dlaczego jestem smutna i co tu robię w środku poranka na tarasie pełnym czerwonych pelargonii. Mama je lubi.

5.03


Moje nogi domagają się kołdry i snu, nie mogę jednak. Nie mogę i już, zbyt serce mi się zdenerwowało. Taka byłam wczoraj szczęśliwa, mówiłam Ci idiotko, nałykaj się na zapas. Teraz możesz tylko na zapas popłakać. Idiotko.

Przyrzekam Ci – kiedyś odejdę na zapas.