Na zapas

Zaklinam rzeczywistość. Wylewam resztki kawy do zlewu. Twojej i mojej. Twoją i moją zaklinam. Kawę. Rzeczywistość. Poranki. Wieczory. 


Na zapas już nie jem, nie jestem przecież w ciąży. Łapię za to chwile garściami, na zapas, na chwilę, chwile na chwilę, szczęście na zapas. Trzymam się Ciebie też na zapas, urywam w pół słowa każdą kurwę, bo nie chcę spłoszyć tych motylków w brzuchu - z rozstępami i bez opalenizny. W moim.


W Twoim brzuchu nie ma chyba niczego. Wypijasz powoli piwo i nucisz piosenkę o końcu świata. Czy czeka nas koniec świata? Patrzysz na mnie. Wiesz, jak wtedy się patrzy, prawda? Łamię się z Tobą kołdrą, zaśmiewam do łez i ze spokojem zasypiam po lekach. Biorę leki, piszę zbyt długo i zbyt mało gotuję. Układam plany i rysuję palcem w piaskownicy marzenia. Później otrzepuję kolana i ręce i tak po prostu idziemy do domu.

A ja znów próbuję je spełnić. I spełniam się też jako kura domowa, olaboga, już nie chcę na Woodstock, chcę do sklepu meblowego. I już nie chcę glanów, chcę wygodne buty na lato i piłkę. I nie chcę już Ciebie do szczęścia, sama potrafię być egoistycznie szczęśliwa.


Po cichu.


Splatam dłonie w pięści, zasznurowuje brudne buty brudnymi rękami, odpalam film ze wspomnieniami. Łykam prochy i łykam na zapas siły - pieprzę od rzeczy i przymykam oko na to, co nie jest moje.

Po cichu.




Nie mogę żyć na zapas, choć bardzo bym chciała. Przeciąć pępowinę, wstążkę, balon ze złudzeniami. Na zapas, na zaś - jak kiedyś mawiałeś. Mawiałeś dawno temu, mogłam wtedy jeszcze uciec.

Nie uciekłam. Nie da się uciec na zapas, cholera.