Ostatnia okazja



Kilka minut po szóstej chowam się pod kołdrą z kubkiem parującej kawy. Wciąż czuję na policzkach smak koszmarów, jeszcze raz próbuję zetrzeć je z oczu. Wlazły mi pod skórę i zbierają się jak ropa.


Myślę dziś o tamtej sobie, sprzed 4 lat, młodziutkiej, zakochanej, smutno pijanej. Zostawiłam za sobą cudowną przyjaźń – wiesz, że mi Ciebie strasznie brakuje? Pokonywałam kolejne kilometry w złym kierunku, obiecywałam nowe początki, spaliłam nasz most. Spaliłyśmy go razem i nigdy później nie miałam już przyjaciółki. Nigdy więcej nie użyłam tego słowa. Nigdy więcej nie użyję, bo tamtej Ciebie już nie ma. Bo tamtej siebie już nie znajdę - jesteśmy dziś innymi ludźmi i to przeraża mnie za każdym razem, gdy zahaczam o Ciebie myśli. 

W tamte wakacje to była jedna, krótka, banalna wiadomość. 


Przybiegłam do Ciebie i wiedziałam już, że to koniec. Koniec dotychczasowego życia, bo będę z nim. Opijałyśmy, płakałyśmy, czułaś mój strach i moje szczęście. Bo kochałam go zawsze, ale już wtedy wiedziałam, że to będzie trudne. Wyczerpujące i całożyciowe, choć jeszcze wierzyłam, że naprawię go tak, jak naprawia się rower. Użyję swojej miłości, bo ona nigdy się nie skończy, nie wyczerpie się, nie puści mnie. Przerzucałam gruzy, wybaczałam zanim jeszcze mnie zostawił, pozwalałam wrócić jeszcze zanim sam wiedział, że wróci. Układałam życie, by pasowało do niego.

Czasami czuję się skazana przez Sąd Najwyższy.


Bo mogę zrobić wiele – mogę nie odebrać telefonu, mogę powiedzieć cokolwiek, mogę napisać wszystko, mogę od niego odejść choćby dziś popołudniu. Ale nie mogę przestać czuć tego, co wciąż szarpie mi głowę. Nie mam wpływu na tę jedną rzecz – to jak powódź. Możesz tylko minimalizować straty, układać worki z piachem, czekać na zmianę pogody. Czekać na przeszczep głowy.

Może nie uwierzysz, ale czasami to mnie zostawia w spokoju. Wtedy go pakuję, pluję za siebie, obiecuję, że nigdy więcej. Kiedyś dzwoniłam do Ciebie i plułyśmy razem. Wtedy on stawał się tylko jeszcze jedną, niepotrzebną rzeczą i tylko kolejnym nieporozumieniem, które łatwo wyjaśnić. Wyjaśniam go sobie do dziś. I pluję ukradkiem - bo wiem, że i tak później zetrę tę ślinę. 

Nie myśl, że wierzę w niego. Ale musisz wiedzieć, że już nie wierzę w odejścia. Od niektórych rzeczy odchodzi się zbyt wcześniej, od niektórych powinno się od razu, niektórzy nie potrafią odchodzić wcale, jak ja.  Choć wszystko jest już przeterminowane. Jak zapomniana kanapka w plecaku, ja wciąż brzydzę się jej wyrzucić..

Patrzę w oczy naszego syna. Odstawiam kawę na stolik i wiem, że nareszcie muszę coś zrobić. Muszę poczuć coś innego, niż ślepą miłość do nieistniejącego naprawdę mężczyzny. Zwłaszcza, że dzieli mnie z nim setki kilometrów. I on nie może zapukać do drzwi, wejść, usiąść na mojej kanapie.

To może być moja ostatnia okazja, by ułożyć siebie bez niego.
Łatwiej już nie będzie, kochanie.






Mój Facebook

Follow