Przelewam przez palce brak rezultatów


Zatrzymałam się. Wyhamowałam z łoskotem, bo coś łupało mnie w czaszkę. Skronie zlewały mi się w jedną, wielką, pulsującą kupę ni-cze-go.

Od kilku dni nie mam gdzie gonić. Nie mam czego wpisać sobie do głowy na listę do zrobienia. Zazwyczaj dopieszczam ją przy porannej kawie i cały dzień noszę w kieszeni, walczę, by się udało tych kilka rzeczy. W sumie całe życie o coś walczę - z wyłączeniem okresów, kiedy tonęłam.

Od kilku dni nie czuję, by było warto cokolwiek zapisywać w głowie. Nie wiele też piszę na papierze, prawie nie próbuję odpalać Worda - wybacz, zleceniodawco. Czuję jak przelewa mi się czas i nie mogę go złapać w żadną miseczkę. Zastanawiam się, czy czasami nie zasługujemy na to, by zwyczajnie ten czas przelać. Do cholery. 

Ale przelewanie mnie drażni, gdy jestem sama. Koniec końców, nie widzę końca. Tych pierdół, tych codziennych starań. Tego wszystkiego. Mam priorytety, ale one czasami zwyczajnie wciskają OFF, jak radio w samochodzie. Co mam wtedy ze sobą zrobić?

Zbiegam z potężnej góry, Marcelina. Dobrze, że pi razy drzwi, znam ukształtowanie tego terenu.

Nie lubię nie mieć rezultatów. Namacalnych dowodów na to, że poszłam o krok do przodu, nawet jeśli czasami to nie ten zjazd na rondzie. A jednak - idzie wiosna, a mnie wciąż zdarzają się dni, gdy czegoś brakuje, jak guzika w ładnym płaszczu.

Wplotłam w siebie dziwną presję. Że muszę codziennie robić coś dla swojego lepszego życia, codziennie pokonywać jakieś cholerne schody, schodki, by być na bieżąco ze swoim życiem. A przecież mogę czasami po prostu BYĆ, prawda? Bez listy "to do", bez ciśnienia w głowie, które łupie mnie w skroniach.

Tak, czasami trzeba wyłączyć zasilanie - żeby sobie pożyć dzisiejszym dniem.