Kiedy pisanie robi mi dobrze - a kiedy źle?


Znacie pewnie wszystkie te teksty o tym, jak to pisanie "pomaga uporządkować myśli", "pomaga się wyżyć", i "rozładowuje emocje".

No nie wiem - jest też coś o przelewaniu myśli na papier albo wyrażaniu siebie, ale dokładnie nie pamiętam jak to szło. W każdym razie.

Ja też tak nazywałam pisanie - o ile nazywałam. W gimnazjum raczej nie gada się o tym, jak to zeszłej nocy pisałaś pełen romantycznych rozkmin pamiętnik. No, ale w jakimś momencie życia - na przykład, kiedy blogujesz - zaczynasz to pisanie jakoś "opisywać", zaczynasz mówić o tym, co dla Ciebie znaczy. Patrz nagłówek/Oby nie.

Też taka byłam. To znaczy, też tak miałam. Też tak robiłam. Mniejsza. 

Kiedy pisanie robi mi dobrze?


Pewnie też to znacie - kiedy jest smutno, źle i do dupy, to się wtedy siada i pisze. No, ja też tak robię, chociaż nie zawsze - dziś na przykład było mi tak źle, że siedziałam przez 30 minut w cienkich leginsach, na zimnej ławce i gapiłam się na bawiących chłopców. Oni to dopiero czują wiosnę, wiecie? 

A mnie łzy,
kap
kap
kap.

Wtedy na przykład nie jestem w stanie pisać. To taki moment, kiedy zawieszasz się fizycznie w chwili, która jest, po to, by powychylać się trochę w przeszłość. Na przykład. 

Ale wracając do podtytułu.

W moim przypadku pisanie dzienników rozładowuje napięcie, którego jeszcze nie zrozumiałam. Tak Wam mówię, na wypadek, gdyby ktoś zastanawiał się nad tym, dlaczego to publikuję. Publikacja jest częścią rytuału. Rutynowo, następnego dnia rano czuję ogromnego kaca - że opublikowałam, że jak ja tak mogłam się rozebrać publicznie. Zostawmy jednak moją emocjonalną odzież w spokoju.

Kiedy jeszcze pisanie robi mi dobrze? 

Kiedy jestem sama. Okazuje się, że czasami nie da się uczyć, czytać kryminału ani klepać tekstu na zamówienie czy, o zgrozo, robić researchu (nienawidzę). Czasami zdarza mi się, że wyłączam wszystkie zakładki w Chromie, gaszę telewizor, zamykam książki z poznawczą - jak dziś - i po prostu piszę. Kiedy piszę do Was, czuję się mniej samotna.

Nie myśl, że w życiu jestem jakoś szczególnie samotna czy zrozpaczona. Mam synka, więc to niewykonalne, by być samej dłużej, niż jego drzemka. To niemożliwe, przynajmniej dla mnie, by się poddać, wywiesić białą flagę i cierpieć męczarnie życiowo-filozoficzne.

Ale czasami bywam samotna. I wtedy pisanie robi mi dobrze. Daje mi dziwną satysfakcję, że w jednym pliku, od A do Z, zamknęłam akurat ten fragment, który chciałam. Akurat ten fragment, który siedział mi na rzęsach - bo nie na głowie. "Siedział na głowie" jest oklepane, dlatego na rzęsach - tak subtelnie to brzmi, co nie?

W każdym razie*, ta satysfakcja jest na tyle silna, że nawet, kiedy widzę, że tekst ma 40 wyświetleń (w tym 10 moich), i tak jest mi dobrze. Bo go stworzyłam. Bo go mam. Kawałek siebie, perfekcyjnie odwzorowany, zamknięty w znakach pisanych*

Kiedy pisanie robi mi źle?

Pamiętam, jak kiedyś, po skończeniu jakiegoś tekstu, uzmysłowiłam sobie, że to już piąty lub szósty tego wieczoru. Wieczór był zły - zimny, samotny, nieczuły. Za mną była cała rzesza takich wieczorów - przede mną kolejka następnych. A ja - zamiast siąść, coś postanowić, coś zrobić, jakoś to zmienić - siedziałam i pisałam do samej siebie o swoim chujowym życiu. 

Dotarło do mnie, że pisanie mi robi źle. Stało się sposobem na przetrwanie czegoś, co nie powinno trwać. Tak mnie to uderzyło, że długo nie pisałam. Zamiast się leczyć, łykałam Apap garściami. Rozumiesz? Postanowiłam przestać się znieczulać, otumaniać i faszerować.

Zauważyłam też, że czasami lepiej nie pisać, gdy Ci źle, smutno i do dupy (wspomniano powyżej), lepiej wtedy nie taplać się we własnej rozpaczy, tylko pójść spać. W moim przypadku pójść spać - może Tobie pomaga wyjście na miast z przyjaciółkami - u mnie odpada, bo do miasta mam 40 kilometrów i wszystkie moje przyjaciółki wyjechały za chlebem.

W każdym razie*. Kiedyś potrafiłam zarwać noc, by pisać (nie na zlecenie). Dziś po prostu idę spać, bo wiem, że w ostatecznym rozrachunku (czyt. następnego dnia), lepsze jest dla mnie jest 10 godzin snu niż 4 strony w Wordzie - choćby nie wiem, w jak ogromnej rozpaczy były pisane.


* Idąc przez las - wiem, że użyłam tego sformułowania zbyt wiele razy jak na jeden tekst.
* Sławomira, popraw mnie, bo nie wiem, czy coś takiego istnieje - ale wiem, że ładnie brzmi :)